czwartek, 22 sierpnia 2013

Chonchu 1. Zapowiedź

Jarmarczny zgiełk, lekki żar z nieba, setki ludzi, tysiące rzeczy na sprzedaż. Każda z nich leżała na prowizorycznych wystawach z nadzieją na rychłą zmianę właściciela, podczas gdy moje myśli leniwie kłębiły się wokoło poszukiwań kolejnych tomików, szczególnie tych zapomnianych i nadszarpniętych czasem.

Ta podróż zaczęła się już rok temu, kiedy moje nogi ciągnęły po tych samych uliczkach w tym samym czasie, a wzrok napotkał stoisko z komiksami w dużej mierze produkcji amerykańskiej. Wtedy zabrałam ze sobą Sandmana do poduszki i nawet nie byłam zainteresowana kategorią, która postawiła mnie ponownie przed tym samym sprzedawcą kilkaset dni potem.

Na pytanie o mangi zostałam skierowana w prawy dolny róg stołu po brzegi wypełnionego kartonami, w których to batmano-spidermano-supermeni ratowali świat przed wyobraźnią swoich twórców.

W mangowym pudełeczku znalazłam dwa zafoliowane tomy, które zostały wydane nie dalej niż miesiąc temu. Myśl o tym zniechęciła mnie. To żadna przyjemność kupić coś, co można dostać w każdym Empiku, w miejscu które pojawia się raz do roku. Kolejne tomy sprawiły mi wielką radość swoim zniszczeniem i tym, że widziałam je po raz pierwszy. W rękach zostały mi dwa z tego samego wydawnictwa o podobnej tematyce (przynajmniej tak wywnioskowałam po ich przekartkowaniu) i co najważniejsze - były pierwszymi tomami! Mimo to nie chciałam kupować obu, choć tak na prawdę nie miałam na tę zachciankę usprawiedliwienia. Wygrał ten, którego szkice bardziej przypadły mi do gustu. Chonchu zmienił właściciela.
  
Chonchu jest moim Carax'em.
Ten tom nie jest mangą tylko manhwą. Jego wydawnictwo już nie istnieje, ba nie ma o tym wydaniu nawet wzmianki w anglojęzycznej wiki, a już tym bardziej polskiej... Dzięki opiewającym go tajemnicom i ograniczeniom dane mi było choć przez chwilkę poczuć się jak Daniel, który po raz pierwszy znalazł się na Cmentarzu Zapomnianych Książek. Znalazłam swojego Carax'a i postaram się ocalić go od zapomnienia.


sobota, 10 sierpnia 2013

Vassalord 2. Recenzja

Ciężko było by mi napisać pierwsze wrażenie, które dodawało by coś więcej poza tym co zostało już powiedziane, dlatego pominęłam je.


Pośpiesznie utonęłam w znanym już dla mnie świecie pięknych rysunków i wiecznie spragnionych krwi bohaterów. Od pierwszych stron dane mi było drzemać z nimi w samolocie w drodze do Cheryl (naszego lustrzanego odbicia Cherry'ego w formie 10 letniej dziewczynki), by dowiedzieć się czegoś więcej o jej pochodzeniu, które okazuje się nie być takie oczywiste...

Podczas lotu oraz z biegiem czasu, stosunek między Rayflo i Cherrym zaczyna się zacieśniać. Obaj nie są sobie obojętni, ba,  Arystokrata nawet nie kryje swoich uczyć do Cherry'ego, szczególnie jeśli chodzi o cielesność. Mimo to mur pomiędzy nimi trzyma się całkiem  nieźle, a ich serca nadal są pokryte szronem.

Wracając do samolotu, który chyba jest jedyny na tym świecie oraz do filmów, które lecą zawsze w odpowiednim momencie... Zawiodłam się tym, że autorka poszła na lekką łatwiznę i umieściła wampira powiązanego z, jak się w dalszej części okazuje - Vassalordem w tym samym samolocie co naszych bohaterów, na pokładzie był wyświetlany film z nią w roli głównej, a na okładkach gazet widnieje jej podobizna. Cóż za zbieg okoliczności! Delikatnie mówiąc, nie przepadam za czymś takim. Burzy to trochę realność całości i sztucznie nakręca fabułę. Moim zdaniem lepszy byłby w tym momencie jakiś wątek poboczny... Bym zapomniała, że na pokładzie została umieszczona bomba, która ma za zadanie zniszczyć dowody obciążające Vassalorda! Co wydaje się do przewidzenia, nasi bohaterowie ratują sytuację,  jednocześnie uchodząc z życiem.




Ta strona internetowa używa plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tu.